Zabezpieczenia

Dwa miesiące temu komuś z Was odpowiadałam w komentarzu, że u nas zabezpieczeń typowo dziecięcych jak na lekarstwo. Jest jedno – na szafce z narzędziami męża (wiecie, dziecko i wiertarka – nie nie…).

– Po co nam reszta? – myśleliśmy. – Na co nam inne zabezpieczenia? Ludzie przesadzają. Dajmy się dziecku wyszaleć. – dodawaliśmy po chwili. – Upilnujemy Pawła.

W łazience.

Z pasją raczkuje i zagląda do szafki z kretami i innymi detergentami (dziecko i proszek do prania? – no nie bardzo…)

W sypialni.

Tak, komody z Ikei, gdy wysuniecie wszystkie szuflady spadają do przodu. Niech żyje mój refleks!

W dużym pokoju.

Ukochał sobie pukanie w telewizor, niech puka. Póki nie zagląda do szafek pod nim (miały już zabezpieczenia). Ale net wyłącza mi namiętnie, bo świecidełka migają. A migające fajnie dotykać i łapać za kabelki. Pa świecie!

W kuchni.

Tu rozwałka po całości. Najpierw Gucia jedzenie. W misce plask plask. Gucio zły (nie dziwię się). Potem łapie za chrupki Gucia. Odganiam. Nonono (równie dobrze mogłabym stawać na głowie, chrupki mnie pokonają, są ciekawsze). Miski zmieniły miejsce. Dziecko zainteresowało się magnesami na lodówce. Ekstra! Przyklejam mu te z góry. Co Ty matka, nuda po chwili.
Jedna szafka – płatki owsiane na podłodze.
Druga szafka – wyjmuje garnki.
Trzecia szafka – o! śmietnik! o! odkurzacz ma kółeczka! Kręci kółkami (dzięki Bogu za kółeczka, w śmietniku przynajmniej nie siedzi!)
Czwarta szafka – wielki finał. O! Miseczka. Podniosę na wysokość oczu i bach! O ziemię! Ale uderzyło. Nie boję się, chcę poznać, dotknąć, płacz. Ktoś mi zabiera te kawałki (matka…).

Jak się domyślacie zabezpiecznia pojawiły się wszędzie, gdzie zawartość jest potencjalnie niebezpieczna.

I mam jedno pytanie: kiedy ta ciekawość świata się skończy? Kiedy skończy się rozbijanie misek, przeglądanie śmietnika, zaglądanie do sedesu, ciąganie za suszarkę? Kiedy zaczną interesować zabawki, a skończy codzienne otoczenie?

Czekajcie. Znam odpowiedź.

Nigdy?