41 tydzień ciąży

Uwaga! Ja rodzę! Ostatnia część mojej ciążowo-pawłowej przygody. Napiszę Wam teraz, co przeżyłam w ostatnim tygodniu.

03.08

Dzisiaj mija 4 dzień od terminu porodu z ostatniego usg i pierwszy po dacie wyznaczonej z OM. Żeby nie było, że siedzę i pachnę, to postanowiłam spróbować zachęcić Małego do wyjścia innymi sposobami (

Jeść przecież coś muszę, więc dlaczego nie skupić się na daniach/produktach, które PODOBNO bezpiecznie przyspieszają poród?

Odbyłam 3 próby.

1. Ananas
Na pierwszy ogień poszedł ananas, który zawiera enzym mogący przyspieszyć poród. Chodzi konkretnie o bromelainę.

I jak?
Po zjedzeniu całego surowego ananasa przez dwa dni dorobiłam się tylko pieczenia w ustach. Nie działa na mnie.

2. Ostre przyprawy
Zajrzałam do moich przypraw i stwierdziłam, że co mi szkodzi – mogę dosypać co nieco do mięsa i zjeść na obiad.

Padło na schab. Pokroiłam go w paski.

Podsmażyłam na łyżce oliwy.

Dosypałam przypraw ile wlezie (+ pieprz).

Żeby nie było tak jednokolorowo dorzuciłam mieszankę chińską.

 

I zjadłam.

I jak?
Nadal jestem w dwupaku. Nie działa, może za mało dosypałam

3. Indyjskie ostre przyprawy
Co jak co, ale indyjskie dania to ogień w czystej postaci, więc gdy zobaczyłam w biedrze propozycję indyjskiego gotowca postanowiłam spróbować.

Pokroiłam drobno dużo piersi z kurczaka.

Dalej poradzi sobie każdy. Na patelnię, podsmażyć.

I zalać indyjskim słoikiem.

Do tego makaron ryżowy.

I jeść.

I jak?
No ja tam nie wiem, ale na Pawła nie działają ostre przyprawy
Powyższe obiady jadłam przez 4 ostatnie dni. I nic.

Pozostaje mi czekać, widocznie Mały potrzebuje jeszcze chwili w moim brzuchu na przemyślenie ważnych, noworodkowych spraw

04.08

Pojechaliśmy na sprawdzenie „dobrostanu” dziecka.

Stan Pawła jest super, przepływy, łożysko wydolne, nie zapętlony pępowiną, trochę powiększone kanaliki nerkowe (podejrzenie makrosomii i UKM ? u chłopaków podobno normalne), ale Mały jest kloc – waży 4200g i mam „miękkie wskazanie do cesarki” i skierowanie do szpitala. Kurcze, jakiej cesarki, ja nawet nie brałam tego pod uwagę. Rozwarcie na ponad 2cm.

Macie smutasa, który się zasiedział.

I wesołego po mamusi

Jezu, Jezu jaka cesarka?

 

Wracamy do domu, idziemy na obiad, potem robimy szarlotkę,

P8041292.JPG

(tak, w czwartek na boksie kolega nabił Michałowi limo…)
wieczorem wpadają Kasia i Tomek. Gadamy o jutrze, o szpitalu, o porodzie. Śmiejemy się.

P8041308.JPG

Michał każe sobie pokazać co dokładnie i gdzie mam w torbie. Pakuję torbę do końca.

 

05.08

Pojechaliśmy o 7 rano na izbę przyjęć, wyszliśmy ze szpitala o 10.

P8051321.JPG

W rejestracji krótko opisałam co się dzieje: Mały jest duży 4200g, jest 6 dni po terminie z ostatniego usg, nie czuję ruchów od 12h.

Popatrzeli na mnie, szybko zbadali tętno Małego i moje ciśnienie. Wszystko było ok. Następnie spojrzeli na skierowanie od ginekologa i zapis o wielkości Małego (podejrzenie makrosomii).

Po godzinie przyszła młodziutka doktorka, zbadała mnie. Na jej oko wyszło 1,5cm rozwarcia, szyjka skrócona. I padło pytanie: Czy mam skurcze?
Moja odpowiedź: nie wiem, brzuch twardnieje od czasu do czasu, ale bolesności to ja nie odczuwam żadnej.

Podłączyli na 35 minut pod ktg, Misiek siedział ze mną i wyczajał w necie jak się interpretuje zapisy ktg

Po kilkudziesięciu minutach młoda doktorka zaprosiła mnie znowu do gabinetu i bez ogródek poinformowała, że:
– ze mną jest wszystko ok, dziecko zdrowe (usg wczorajsze, przepływy, łożysko, wody, moje ciśnienie, ruchy są),
– wybraliśmy najgorszy dzień z możliwych na takie przyjazdy do nich, bo dzisiaj mają zabiegi (przy mnie 3 babki na luzie sobie na cesarkę przyjechały) i nie ma łóżek na patologii, poza tym weekendy to rozprężenie i dzisiaj wszystkie babki z patologii mają oksytocynę i ew. porody
– mamy 3 wyjścia:
1. Siedzieć na korytarzu i czekać na „pół łóżka” do wieczora, potem ja pośpię w nocy i jutro po południu podadzą mi oksytocynę/
2. Jechać do innego szpitala, ale prawdopodobnie zrobią to samo co oni, czyli tętno, ktg i ew. położą na obserwacje.
3. Jechać do domu i jutro będzie ta sama doktorka, jak to określiła „łatwo zapadam w pamięć i ona mnie zapamięta” i przyjechać jutro o 12-13, będą już wypisane babki, ustabilizuje się sytuacja na patologii, a poza tym minie już okres tych 7 dni od terminu porodu i będzie musiała mnie przyjąć.

Wiadomo, że wolę siedzieć/leżeć w domu niż czekać na korytarzu lub jeździć ściemniać po innych szpitalach.

Jutro pierwsze co muszę powiedzieć/przypomnieć to zmierzenie mojej miednicy i dowiedzenie się, czy głowa Pawła o obwodzie 38cm przejdzie. Jeśli nie – cc, jeśli tak – oksytocyna.

Wypytałam o oksytocynę. 3 indukcje są przez 3 dni. Wg pani doktor, która mnie zbadała po 1 oksytocynie poród ruszy z kopyta.

A jak to będzie, to zobaczymy

Póki co jest ok.

Do tego stopnia ok, że Michał musiał mnie upominać, żebym podczas czekania nie nuciła nic pod nosem i nie śpiewała radośnie, bo my tu „niby jesteśmy przestraszeni brakiem ruchów, a nie zadowoleni”. I Gośka, uspokój się. A mi uśmiech z twarzy nie schodził. Bo to już zaraz!

 

06.08

O 12 Michał zawiózł nas na izbę przyjęć. Tak się jakoś złożyło, że wyszła po nas młoda lekarka z poprzedniego dnia. Zaczęliśmy żartować, że „taka dobra opieka, że w drzwiach nas witają”. Pani zabrała skierowanie od ginekologa z niedzieli (a na nim czarno na białym, że Paweł ma podejrzenie makrosomii i UKM płodu) i swój własny świstek z dnia poprzedniego.Poprosiłam, żeby zawalczyła o miejsce dla mnie, bo to już 7 dni po terminie z usg (30.07). Powiedziała, że spróbuje i poszła na górę.Po dłuuugiej chwili wróciła i dała nam 2 opcje:
1. Jechać do Wojewódzkiego – odmówiłam, świrus ordynator puszcza dołem 5kg dzieci i matki ledwo żywe z tego wychodzą
2. Wrócimy na Kliniczną o 17.Wybraliśmy opcję nr 2.
Zapytałam grzecznie o moją przyszłość (czy mogę jeść przed testem oxy, czy Michał może iść na boks czy ma czekać, bo dzisiaj rodzimy). Pani przyznała, że to wszystko zależy od tego, jak inne panie będą rodzić. Dostanę oksytocynę tylko w momencie, gdy oni będą mieli dla mnie miejsce na porodówce i dla mnie i Pawła na poporodowej sali (dzisiaj nie ma szans, na noc nie podają oksytocyny). O 17 powinni wypisać kilka kobiet do domu, kilka dostanie oksytocynę i się „ruszy wszystko”.

Potwierdziła mi, że dzisiaj mam kupić gazetki, książki, mieć net, bo nic z tego (a taka ładna data). Jutro z rana, jeżeli urodzą dzisiejsze panie z oksy, to podadzą kroplówkę i mi. Test oksy robią przez 3 dni, więc mogę urodzić 07.08, 08.08, 09.08, a jak się nic nie ruszy to zaplanują cc, którego nie robią w weekendy i urodzę 12.08.
I tak sprawa porodu właśnie wygląda.

O 17 trafiam na patologię ciąży.
P8061327.JPG

Prezentuję się koszmarnie, jak wielka buka, ale nic to. Najważniejsze, że jestem pod opieką lekarzy i położnych. Że zbadają mnie i będą trzymali rękę na pulsie.
Formalności trwają godzinę. Na wstępie pytają czy mam ADHD.
– Nigdy nikt nie mierzył, nie badał, nie sprawdzał.
– Bo rzadko kto tutaj tak dużo mówi i pyta.
Cóż, trafili na ciężkiego zawodnika.
O 18:30 wchodzimy z torbą do pokoju nr 2. Na łóżku leży dziewczyna odwrócona tyłkiem.
– Cześć, dzień dobry, nazywam się Gosia.
Cisza.
Ok.
– Niech Pani założy biustonosz, rodzić Pani nie idzie, a afrykańskich piersi tu na oddziale nie chcemy.
Ok :/
O 19:40 sprawdzają ktg, są wyraźne skurcze.
– Boli?
– Takie twardnienie brzucha to ja mam od 25tc, to to są te sławne skurcze?
Patrzą na mnie jak na wariata.
21, 24 – tętno dziecka. Wchodzi babka do pokoju, przykłada urządzenie do brzucha i słucha.
Babka obok całą noc płacze, nie odzywa się do mnie ani słowem.

 

 

07.08

3:00 – tętno dziecka,
o 7:30 – robią mi ktg, są skurcze, dostaję antybiotyk na moją bakterię (jak się później okazało niepotrzebnie, w szyjce macicy nic się nie wysiało). Leżę pod ktg, przychodzi do mnie obchód, miły pan Michał informuje mnie, że idę na usg i to natychmiast. Lecę na usg, siedzę tam 3h, bo wpuszczane są cięższe przypadki. Widzę jak na wózku przywożą moją towarzyszkę z sali. Śniadanie stygnie, ja czekam na usg. W końcu je robią. Zbijają info o wadze Małego, wychodzi im 3850g, więc rodzę normalnie.
Przychodzi do mnie lekarka i mówi, że mogę mieć coś namieszane z terminem porodu. Prosi o pierwsze usg (to z kropką). Shit, to usg jest w Kasi Ptasiowej albumie (dobrze, że nie wklejone). Michał urywa się z pracy, przywozi usg z kropką. Babka się dziwi, że nie ma opisu (Lelum nie dał). Wylicza jakimiś znanymi sobie tylko metodami, że wg 1 usg termin jest na 04.08.
– To możemy wywoływać, uff – informuje mnie.

O 12 staję w drzwiach pokoju, patrzę na suche śniadanie. Przybiega pielęgniarka, prosi mnie na test oksytocyny. Przez kilkanaście minut sprawdzają reakcję Pawła na oksy, badają skurcze. Dziękują, każą iść.
– Ale co wyszło?
– Oksytocyna test wyszedł negatywy, czyli pozytywny.
– Ee??
– Czyli jest ok. Wywołujemy. Zielone światło.

Obiad.

Na korytarzu widzę dziewczynę, która ledwo idzie. Kojarzę faceta obok niej. Karol! Z mojej klasy z LO. Podbiegam, gadamy.

O 17 do szpitala wpada po pracy Michał. Chodzimy po schodach, gadamy, jest obchód wieczorny, podają kolację. O 19:30 idziemy we dwoje na ktg, skurcze są co 6 minut i wyglądają jak domki. Cały czas mam rozwarcie na 2 palce i nic nie rusza.
24 – tętno dziecka

 

08.08

Najlepszy na porodowce jest widok rozpromienionych twarzy ojców slicznych grzecznych dzieci. Życzycie mi takiego widoku jutro i trzymajcie kciuki za moją wewnetrzną siłę. O 7:30 zaczynam 9cio h maraton oksytocyny

3:00, 6:30 – tętno dziecka

o 7:30 idę na indukcję, czyli kładę się na porodówce na łóżku do rodzenia, podłączają mi kroplówkę, dodają oksytocynę. I leci przez 9h.
Dobrze, że mam gazetę i komórkę, bo jest nudno jak cholera. Gdy przeczytałam gazetę, obejrzałam już net z lewa na prawo zaczyna się hardcore. 3 porody naraz. Babki drą się jak głupie
– Oszalały! – myślę. – To nie może AŻ TAK BOLEĆ.
Krzyki się potęgują, słyszę je w mózgu, nie mogę się odłączyć, skurcze u mnie osłabły. Lekarze pozwalają mi zjeść obiad i skaczę na piłce od 12-14. Nie dzieje się nic ze mną. Poznaję za to lekarzy, ich podejście (obojętność), widzę jak działa porodówka, poznaję kto jest kim, zaczepiam tych milszych, rozmawiam o ich życiu itp.
O 17 babeczka odłącza mnie od pałąka z oksytocyną (od 14 znowu leżałam. Mierzy ciśnienie – 150/100. Woła koleżankę, bo może sprzęt padł. Koleżanka przynosi analogowy ciśnieniomierz. 150/100.
A ja słyszę w głowie przekleństwa, krzyki, wycie. I płaczę, gdy rodzą się dzieci, płaczę przy pierwszym krzyku każdego z trójki kochanych szkrabów. Słyszę jak babki minutę po urodzeniu NORMALNYM głosem rozmawiają z lekarzami, słyszę jak zapominają o bólu, widzę ZIELONYCH na twarzy ojców, którzy przecinali pępowinę i rwano im włosy z głów, zakrzyczanych i przerażonych nową rolą.

O 18 przyjeżdża Michał. Idę z nim pogadać, kupujemy czekoladę w automacie i informuję go, że nie chcę, żeby był przy porodzie. Opowiadam o swoich odczuciach.
– Ale ja od początku mówiłem, że będę tam tylko dla Ciebie, na Twoje życzenie. Nie chciałem być przy porodzie.
– Ale się nie gniewasz?
– Nie.
– Rozmawiałam z lekarzami. Gdy się zacznie poród, przyjedziesz, będziesz pod drzwiami, nie będziesz słyszał ryków, wejdziesz na przecięcie pępowiny. Jeżeli uznam, ze potrzebuję Cię szybciej, lekarze Cię zawołają. Zgadzasz się?
– Nie ma sprawy, będzie jak postanowiłaś.

O 20 podają mi antybiotyk, mierzę sobie ciśnienie. Nadal wysoko 140/90. Idę do dziewczyn z pokoju obok, opowiadam co się działo.

Dziewczyna w pokoju, dla której byłam miła, przynosiłam jedzenie, kupiłam jej kawę w automacie i zagadałam wyjaśniła dlaczego tak mnie przywitała. Nie mogła na mnie patrzeć, bo marzy o takim brzuchu. Jest w ciąży z 2gim dzieckiem (pierwsze poroniła) i w 17tc zaczęła krwawić. I leży, i się modli.

21, 24:00 – tętno dziecka
O 22 wyszłam z pokoju. Pod moimi drzwiami stoi rozdygotany ojciec.
– W czymś panu pomóc? Wody podać?
– Moja żona, my z Tczewa karetką przyjechaliśmy. Żona nie czuła ruchów, Boże, Boże. 35tc, ratują je.
Przytuliłam faceta. Powiedziałam jakieś badały. Że jest w najlepszym miejscu, że ma się nie łamać, musi być silny itp.
Gdy to powiedziałam z sali w inkubatorze wyjechała jego córka. Piękne maleństwo. Ojciec nie wiedział co ma robić – za córką, czy za żoną. Kazali mu usiąść i czekać. Zebrały się dziewczyny. Zaczęły pocieszać, że córka jest zdrowa, silna, że żona zaraz wyjedzie na łóżku. Mężczyzna zaczął opowiadać, że ma 2 synów, teraz córa się miała urodzić itp. Nie dokończył. W drzwiach pojawiło się łóżko z jego żoną. Przejął łóżko i powiózł żonę na salę pooperacyjną. Odetchnął. Ukłonił się nam i poszli w swoją stronę.

O 23 chodzę po oddziale, spotykam ordynatora, gadamy.
– Panie doktorze. Pan już z moich obliczeń jest 16h w pracy?
– Wie Pani co, powiem brzydko, ale ja lubię tak zapier…! Kocham moją pracę!
– Ooo! I to się ceni.
Podszedł pogłaskał po policzku i poleciał robić cesarkę.
Poszłam do łazienki – odszedł mi czop śluzowy podbarwiony krwią. Pobiegłam do położnej („jeszcze tydzień może odchodzić, jest ok”).

09.08

*Zaczynam 42 tc.*

0:30 – zapalają się światła, do mojej sali wprowadzają dziewczynę. Jej brzuch jest ogromny.
– Który tydzień? – pytam.
– 27 – pada lakoniczna odpowiedź.
– A chłopiec czy dziewczynka.
– Dwóch chłopców, tylko jeden martwy. I ryk.
Mrozi mnie. Po co ja gadam bez sensu, po co pytam, dlaczego intuicja mi nie podpowiedziała, żeby się zamknąć?
Nie mogę się uspokoić. Tej nocy ryczą wszystkie 3 babki. Mama bliźniaków, Stasia w 17tc i ja za biednymi dziećmi i niesprawiedliwością losu. Nie mogę spać.

3 – tętno dziecka.

Po poprzednim dniu z oksytocyną jest taka praktyka, że robi się dzień przerwy na obserwację (może poród sam się zacznie?).
Rano zmienił się lekarz główny, przyszedł na obchodzi otoczony wianuszkiem innych lekarzy i powiedział:
– Zakładamy pani cewnik.
– Róbcie co chcecie, tylko żebym urodziła – pomyślałam i kiwnęłam głową.

Na salę trafia Ania. Oczywiście kolejna kobieta, która płacze. A my z nią. Jej dziecko ma małogłowie. Przeżyje najwyżej godziną po porodzie :(

Poszłam na nakładanie cewnika.
– Jaki cewnik? Pani ma rozwarcie 2 palce? O co chodzi?
– No ale miało to przyspieszyć, to nakładajmy.
Ale pani ma 1/5 porodu za sobą, to się tylko cieszyć. Zejść mi stąd i nie dyskutować.
– OK.

Wracam na salę. Stwierdzam, że nie dam się złemu humorowi i niewyspaniu. Umaluję się i ubiorę w szczęśliwą koszulę do porodu (moja siostra w niej rodziła i kuzynka).

Podczas mycia rąk zmoczyłam wenflon i poszłam go zmienić. Siedzę na fotelu, mierzę sobie ciśnienie (w normie). Wchodzi położna:
– Kowal dzisiaj rodzi.
– Łuhu! To ja jestem Kowal – macham z fotela.
– No to Pani dzisiaj rodzi. Szykować się.
– Ale jak rodzę? Przecież robicie dzień przerwy.
– Doktor powiedział, że „Panią urodzi dzisiaj”, a jak tak powiedział, to tak będzie.

Wracam do pokoju skołowana. Dzwonię do Michała.
– Dzisiaj niby mam urodzić.
– Ale jak to?
– Tak to. – powtarzam mu powyższą rozmowę.

Przychodzi do mnie położna i prowadzi na porodówkę. W pełnym makijażu – żeby było jasne ;) Ze zdziwieniem patrzy na gazetę w ręku i próbę przemycenia poduszki.
– To Pani Kowal z ADHD, proszę się nie bać naszej gaduły – przedstawia mnie od progu.
Roześmiana o 11 kładę się na łóżko w tej samej sali, co poprzedniego dnia. Przychodzą lekarze. Badają mnie. Bez zmian. Smyrają, robią masaż szyjki (nie boli), rozwarcie na 3 palce, główka balotuje, nie gotowa.
– Czy zgadza się Pani na przebicie worka owodniowego?
– Tak. Jeżeli ma to pomóc i Pani jest w stanie zagwarantować, że wszystko pójdzie sprawnie to tak.
Pani przebija. Wód jest mnóstwo.
– Jezu, jak dużo, ale on tam miał wygodnie.
Podłączają oksytocynę i idą sobie.
Piszę sms do Kasi ile czasu upłynęło u niej od przebicia wód do zobaczenia Majki. 4h. Wołam lekarkę.
– No zobaczymy, czy Pani jest podobna do siostry.

 

 

 

 

 

 

O 14:10 przychodzi na świat mój Paweł.

3900 g
10/10
56 cm

Gosia ok, ale straciła sporo krwi.
Michał nie zdążył przeciąć pępowiny („i dobrze”).
„Rodziłam 3h bez znieczulenia.”

*GRATULUJEMY!!!!!!*

 

Fajnie jest być mamą. Nie spodziewałam się, ze tak łatwo wejść w rolę i poczuć instynkt. Niepotrzebnie się bałam tych pierwszych chwil z dzieckiem. Jestem najlepszą mamą na świecie, a Michał takim samym tatą – najlepszym.

Facebooktwittergoogle_plus
  • Czytałam, czytałam i się popłakałam. Raz z tych biednych kobiet co traciły dzieci lub o nie walczyły a dwa jak już urodziłaś. Wzruszyłam się na maksa 🙂

    • Dziękuję bardzo za komentarz. Bałam się odbioru tych moich wspomnień, bo momentami są naiwne, innym razem bardzo poważne. No ale tak to było. Może dane mi będzie przeżyć kiedyś ciążę raz jeszcze i sama będę czytać, co myślałam na poszczególnych etapach.

  • Ania

    Przeczytałam jednym tchem całą historię, spokojnie możesz wydać książkę 🙂 Przypomniała mi się cała ciążą, rozterki, banalne i ważne.

    • Dziękuję. To prawda z ciążą, gdy teraz opracowywałam te teksty, przeklejałam z pingera czytałam swoje wspomnienia też jednym tchem (może nieskromnie), jakby były kogoś innego.

  • sylwia

    Szkoda ze calej historii nie mozna przewracac jak kartek w ksiazce ale przeczytałam wszystko i plakalam kilka razy 🙂 najbardziej tuz przed porodem i przeraza mnie ilu kobietom nie udaje sie urodzic zdrowych dzieciaczkow 🙁 dziekuje ze wszystko tak szczerze i fajnie opisalas na pewno bede wracac do tego jak juz sama bede w ciazy kiedys 🙂

  • Ewelina

    Czytałam z zapartym tchem. Powinnaś książki pisać! Sama jestem w 41 tygodniu i nadal czekam na „cud z nieba”