Co jadłam i piłam we Włoszech?

wpis w: blog, Kuchnia, Poza domem | 0

Okazało się, że najlepsza pizza to ta najbrzydsza, z najmniejszą ilością składników, a nazywa się jak ja – Margherita.

Wygląda naprawdę mało apetycznie:

Czy mam porównanie? Mam. Na mieście w knajpce zamówiłyśmy pizzę i okazała się mało włoska (bliżej jej było do naszych mrożonek), więc można się rozczarować.

Lody włoskie, to nie takie lody włoskie jakie dostaniemy w Polsce, tylko nakładane łyżkami. Co ciekawe płaci się za wielkość wafelka, a nie za konkretną ilość łyżek.

Drugi rodzaj, to polecane w przewodnikach lody na patyku.

Moje serce podbiły te pierwsze, drugie to takie zwykłe wodne.

Interesowała mnie carbonara – dobra, ale szalenie słona.

Lasagne rozpływała się w ustach, płaty makaronu były wstępnie chyba gotowane, a nie tylko zapiekane.

Prawdziwym hitem były kawy. Te w małych knajpkach za max 2 euro, do tego rogalik. Nic, tylko siedzieć, delektować się i cieszyć wakacjami.

Alkohole to włoskie wina w knajpkach przy okazji posiłków, ale też lidlowe butle za 1,5euro (i nie jakieś siarkowe niewiadomo co, ale normalne wina jak u nas za 30zł).

Małe piwka też oglądały z nami zachód słońca.

No i na koniec Dorota powiedziała, że nie wypuści mnie do domu, jeżeli nie spróbuję czegoś takiego:

A jest do spritz.

Próbowałam ja