Najlepsze wakacje w życiu

Wyobraźcie sobie, że nie musicie nigdzie gonić. Do tego nagle dogadaliście się z własnym dzieckiem. To mój aktualny stan.

 

Jestem obecnie tylko ja i on, mój syn. Czuję, że to najpiękniejszy czas, że powinnam ładować morze baterii na przyszłość. I to robię. Czerpię garściami z optymizmu dziecka, z jego radości ze zwykłych, codziennych spraw. Z banałów.

 

IMG_4648 (Kopiowanie)

Nie wiedziałam, że będę akurat tu. Nigdy nie pomyślałabym, że będę bez pracy i zdecyduję się na wychowanie dziecka.

 

A było tak.

W czterdzieści minut urodził się Paweł. Miał kolki, stabilizacji długo nie udawało się osiągnąć. Leciał przez palce zabawnie nazwany urlop macierzyński. Gdy dziecko w miarę ogarnęliśmy (głównie uporaliśmy się z nietolerancją laktozy, bo to była istota problemu), wtedy pies zareagował nerwowo na podszczypywanie raczkującego członka rodziny i prawie ugryzł zagrożenie. Moja rola zmieniła się z opiekuna dziecka w ochroniarza to psa, to dziecka. Paweł wymagał ciągłej obsługi, pomocy. Sytuację ratowały spacery, audiobooki, znajomi, rodzina. Mam krótką pamięć i umiem robić radosne zdjęcia, więc obecnie widzę we wspomnieniach uśmiechnięte twarze kilkumiesięczniaka i wcale nie zmęczonych 4 pobudkami w nocy rodziców.

 

A potem tak.

Po roku ktoś jakby podmienił mi dziecko.

Nagle przestał wymagać obsługi, złapał, że psa nie wolno męczyć. Dni stały się dla mnie radosne i pełne przygód. Odkrywałam świat z dzieckiem. Wróciłam do starej pracy, Paweł poszedł do żłobka. Odnalazł się wśród rówieśników znakomicie. Niestety zaczęły się katarki, choroby i inne tego typu przypadłości ze szpitalem włącznie. Odwiedzanie specjalistów, których inne dzieci nie widziały na oczy, to dla nas normalka. W pracy częściej mnie nie było niż byłam. Ekipa szpitalna, jak i pediatrzy, stawiali sprawę jasno – winny jest żłobek, stamtąd podłapuje choroby. Nie przyjmowałam tego do wiadomości, póki któregoś dnia nie wpadłam do żłobka po śpiące dziecko i zobaczyłam, koło kogo leży. Chłopiec mocno charczał – miał taką charakterystyczną chrypkę katarową, ciężko oddychał. Obok leżał przytulony mój, jeszcze wtedy zdrowy, syn.

 

No i krach.

Firma upadła. Tak, firma, w której pracowałam i w której złożyłam wniosek o urlop wychowawczy, duża, zatrudniająca wielu pracowników, po moim powrocie z macierzyńskiego i przepracowaniu kilku miesięcy, ogłosiła sądową upadłość.

 

I dochodzimy do dnia dzisiejszego. Takiej pani jak ja nikt nie zatrudni, matki z chorowitym dzieckiem w żłobku. Niania zażyczyła sobie całej mojej pensji za opiekę nad dzieckiem. Wybór miałam prosty – to ja będę nianią. Nie chcę zarabiać, spędzać w pracy po 8-10 godzin i prawie nie widzieć dziecka.

 

Nawet nie wiecie jak ciężko przyszło mi przełknięcie tej gorzkiej pigułki. Bez pracy, bez perspektyw (nie jestem na bezrobociu, nie mam obecnie odkładanych składek na emeryturę). Oto moja nowa rzeczywistość.

 

 

Ja bez pracy?

Muszę widzieć dorosłych, bo oszaleję. Nie chcę powtórki z urlopu macierzyńskiego, to była masakra, ciężka praca przy wymagającym niemowlaku dzień i noc.

Z pomocą przyszedł mój syn. Po roku nagle zaczął chodzić, pokazywać, wszystko rozumieć. Nie protestuje, gdy wymyślam nam kolejne wycieczki, nie narzeka, gdy nie idzie do żłobka. To już nie jest niemowlak, to starszak.

 

 

Jaki jest starszak?

– I źle Ci z nim? – zapytała koleżanka, mama małego chłopca.

– Nie, czuję, że jest nam dobrze – powiedziałam szczerze – Paweł rozumie, bawimy się, ja się naprawdę realizuję, mam czas na siebie, na gotowanie, na przemyślenie swojej przyszłości.

– Będzie tylko lepiej  – zapewniała.

 

I jest. Z dnia na dzień jest coraz lepiej. Może to lato tak działa, ale rozumiemy się doskonale. Od kwietnia jesteśmy stale razem. Nie żałuję ani jednego wspólnego dnia. Nigdzie nie gonimy, jestem z nim, wychowuję, pokazuję otaczający świat. Nie chciałabym kiedyś powiedzieć mu, że poświęciłam się dla niego. Nie, świadomie wybrałam (właściwie to upadłość likwidacyjna i jego choroby za mnie wybrały, ale zawsze mogę pracować na nianię) bycie z dzieckiem. Postawiona przed faktem dokonanym, nie żałuję. Widzę jak rośnie, jak się zmienia, jak dorośleje. I mam świadomość, że już niedługo usłyszę:

– Weź mama, nie całuj mnie, idę z kolegami pograć w piłkę. Pa!

Wtedy zajmę się sobą, pracą, rozwojem. Teraz mój rozwój ma na imię Paweł i spędzamy razem najpiękniejsze wakacje w naszym życiu.

 

IMG_4645 (Kopiowanie)

 

Ten tekst powstał z myślą o młodych mamach, które tak jak ja zmagają się z problemami, jakich nie przewidziały w trakcie planowania rodziny. Nie wszystko da się zaplanować, ale każdemu zadaniu jesteśmy w stanie podołać. Cieszmy się chwilą. Kiedyś, na starość, w pamięci to one zostaną.

 

Powstanie tego tekstu nie byłoby również możliwe, gdybym nie miała wspaniałego męża, a Paweł ojca. Michał zgodził się zarabiać na nasze fanaberie (czyt. jedzenie, czynsz, realizację marzeń). I na szczęście mu się to udaje. Bez jego pracy nic z moich zamierzeń nie zostałoby zrealizowane.

Facebooktwittergoogle_plus
  • Agata

    Cudowny tekst. Nawet nie potrzeba się rozpisywać. Cudowny. Bije z niego spokój, radość, wdzięczność, miłość. Kwintesencja macierzyństwa, dojrzałości, partnerstwa. Brawo.

  • Zuza

    Chcialabym Cie usciskac za te slowa. Etep macierzynstwa jeszcze przede mna, ale jestem osoba, ktora wlasnie dokladnie planuje. A zdarzenia tego typu wszystko zmieniaja. Dlatego dziekuje za ten tekst. Sklania do przemyslen.

  • spoczi

    Gosiu, pięknie napisane. Dziękuję:)

  • aniaa

    jak miło się czytało, niesamowicie miło 🙂 gratuluje dobrego wyboru! 😉

  • Myślę, że całej rodzinie wyjdzie to na dobre 🙂

  • Sombra

    Wlasnie takie powinny byc matki! Mam takie same poglady jak Ty. W sensie te o realizacji siebie, bo jeszcze nie mam dzieci, a juz uwazam, ze az do momentu, gdy nie pojdzie do przedszkola chcialabym byc z nim, opiekowac sie nim, wychowywac i patrzec jak dorosleje i nabiera nowych umiejetnosci. Wiem, ze nie kazdy ma taka mozliwosc, ale wole zyc skromniej niz oddac malucha do zlobka, albo pracowac tyle zeby go nie widziec. Wtedy bez sensu jest decydowac sie na dziecko, bo ile ono by mnie widzialo? Zdaje sobie sprawe, ze to rowniez wina naszego panstwa, ale mimo wszystko kazdy ma jakies rozwiazania do wybrania.

  • ola

    wszystko fajnie , ale niestety w naszej Polskiej rzeczywistości nie wszyscy mogą sobie pozwolić na luksus bycia z maluchem w domu.na głowach wielu młodych rodziców są kredyty a w naszym pięknym państwie niestety nie zarabia się kokosów i jeden członek rodziny nie da rady zarobić na spłatę raty na rachunki i bieżące życie

    • Dlatego cieszę się, ze dajemy radę. Bo juz z kredytem byłoby bardzo ciężko. Bardzo bardzo. Tak myśle, ze z kredytem nie byłoby mnie stać na nianię juz wcale, zarabiałabym na kredyt.

  • Olkafasolka

    A teraz wszystkie pracujące matki mają doła! 😉

    • Tez byłam pracująca i pracowało mi się cudownie. A jak Paweł był zdrowy to jemu chodziło się do zlobka jeszcze lepiej niz mi pracowało.

      Gdyby nie choroby, zalecenia lekarzy, szpitale, byłby Zlobek i moja praca. Naprawdę w pracy było super, nasze codzienne dojazdy i powroty, zabawa na maxa o 17-19. Ekstra, jakościowo mega.

  • Ula

    super blog; tekst bardzo dobry i nawet troszkę zazdroszczę bo mam inaczej, moje wybory były dyktowane przez inne „przypadki”. Niektóre mamy muszą zarobić na siebie, dziecko, kredyt, życie i zachcianki…. Każdy ma swoją drogę :). Hanka chodziła do żłoba, teraz zaczyna przedszkole, ciągle dajemy radę 🙂

  • Pingback: Naje 2015 | Dom Gosi()