Pierwszy spacer w chuście

 Uprzejmie donoszę, że po masakrycznej, przepłakanej (Paweł) i nieprzespanej (ja) nocy włożyłam Małego w chustę, zawiązałam ją i nie zwracając uwagi na pogodę poszliśmy na dwór. Oczywiście na misję. Misja – banany dla młodej mamy w biedronce.

– Zmęczona Pani jest, co? – zapytała mnie kasjerka.
– A widać?
– Ogólnie nie, ale oczy Panią zdradzają.

Przegryzając banana pomyślałam, że idę tam, gdzie mnie nogi poniosą.

I tym sposobem, ku mojemu zdziwieniu, trafiliśmy do… pobliskiego kościoła. Zajrzałam ciekawie (może otwarte?) do środka, miło i w porównaniu do pogody na zewnątrz cieplutko, a potem stwierdziłam, że sprawdzę wytrzymałość syna (jakiś wirtuoz na organach przygrywał). Po wyjściu pochodziliśmy sobie wokół bloków i z zimnymi polikami wróciliśmy do domu. A Mały jak spał tak śpi nadal.